Stanąć przed Bogiem z czystym sercem – Rozważanie na XIV Niedzielę po Uroczystości Zesłania Ducha Świętego 30.08.2026 do Mt 5, 43-48 (o. Jacek Brakowski)

wpis w: Rozważania | 0

Dzisiejsze Słowo Boże prowadzi nas do samego serca chrześcijaństwa: nie można kochać Boga, pozostając w nienawiści do człowieka. Co więcej, miłość, do której wzywa nas Chrystus, nie zatrzymuje się na tych, którzy są nam bliscy, życzliwi i dobrzy. Ona przekracza granicę sympatii, urazy, krzywdy, a nawet wrogości.

W Księdze Wyjścia Bóg mówi coś niezwykle konkretnego: jeśli spotkasz zabłąkane zwierzę należące do twojego nieprzyjaciela – odprowadź je. Jeśli zobaczysz jego osła upadającego pod ciężarem – pomóż mu (por. Wj 23,4–5). Prawo Boże nie pozwala powiedzieć: „To mój wróg, więc jego nieszczęście mnie nie obchodzi”.

Bóg nakazuje również Izraelowi: „Nie będziesz uciskał cudzoziemca” (Wj 23,9). Dlaczego? Ponieważ sami byli obcymi w Egipcie. Pamięć własnego cierpienia powinna rodzić miłosierdzie, a nie zatwardziałość.

Święty Jan Apostoł idzie jeszcze głębiej: kto mówi, że żyje w światłości, a nienawidzi swego brata, nadal pozostaje w ciemności (por. 1 J 2,9–11). Można więc znać modlitwy, uczestniczyć w nabożeństwach, pościć, przyjmować sakramenty i mówić o Bogu, a jednocześnie nosić w sercu ciemność, jeżeli pozwolimy, aby zamieszkała w nim nienawiść.

Dlatego słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii są tak radykalne:

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44).

Święty Jan Chryzostom, komentując właśnie ten fragment Kazania na Górze, pokazuje kolejne stopnie duchowego wzrastania. Najpierw człowiek przestaje odpowiadać złem na zło. Potem przestaje nienawidzić krzywdziciela. Następnie zaczyna go miłować, czynić mu dobro, aż wreszcie dochodzi do najwyższego stopnia: modli się za tego, który go skrzywdził. Dla Chryzostoma właśnie tutaj człowiek w szczególny sposób zaczyna upodabniać się do Boga.

W innym miejscu święty Jan mówi wprost: „Miłuj więc swego nieprzyjaciela”, ponieważ przez taką miłość sam odnosisz największą korzyść – „stajesz się podobny do Boga”.

To jest niezwykle ważne dla prawosławnego rozumienia życia duchowego. Celem chrześcijaństwa nie jest jedynie stanie się człowiekiem trochę lepszym czy bardziej moralnym. Celem jest theosis – przebóstwienie, czyli przemiana człowieka przez łaskę i coraz głębsze uczestnictwo w życiu Boga.

Dlatego Chrystus mówi:

„Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48).

Nie chodzi tutaj o ludzką bezbłędność. Chodzi o podobieństwo do Ojca, który „sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi”. Bóg nie kocha jedynie tych, którzy na Jego miłość zasłużyli. Jego miłość wypływa z tego, kim On jest.

I do takiej miłości zaprasza człowieka.

Święty Jan Chryzostom zwraca również uwagę na rzecz bardzo praktyczną: kiedy stajemy przed Bogiem i prosimy Go o przebaczenie naszych grzechów, nie możemy jednocześnie domagać się od Niego ukarania człowieka, który nas skrzywdził. Uczy, że zamiast modlić się przeciwko nieprzyjacielowi, powinniśmy modlić się za niego, ponieważ sami potrzebujemy Bożego miłosierdzia.

To bardzo prawosławne spojrzenie: naszym prawdziwym przeciwnikiem nie jest drugi człowiek. Człowiek, nawet jeżeli czyni nam zło, pozostaje stworzeniem Bożym, naszym bratem, człowiekiem zranionym przez grzech. Prawdziwa walka toczy się z grzechem, namiętnościami, pychą, gniewem i działaniem złego ducha.

Dlatego miłość nieprzyjaciół nie oznacza naiwności. Chrystus nie mówi, że zło przestaje być złem. Nie nakazuje również pozwalać się krzywdzić bez końca. Możemy przeciwstawić się niesprawiedliwości, możemy bronić siebie i innych. Ale jest jedna granica, której uczeń Chrystusa przekroczyć nie może: nie wolno pozwolić, aby cudza nienawiść zrodziła nienawiść w naszym własnym sercu.

Święty Jan Chryzostom mówi o tym niezwykle mocno: człowiek, który nas skrzywdził, bardziej potrzebuje naszego współczucia niż gniewu, ponieważ krzywdząc drugiego, przede wszystkim rani własną duszę.

Dlatego kiedy ktoś nas skrzywdził, być może nie jesteśmy jeszcze zdolni powiedzieć: „kocham go”. Możemy jednak zrobić pierwszy krok: nie życzyć mu zła. Potem drugi: zrezygnować z zemsty. Następnie trzeci: przebaczyć. A wreszcie stanąć przed ikoną Chrystusa i powiedzieć:

„Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nim i nade mną. Ulecz jego serce i moje”.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa przemiana człowieka.

Bo miłość nieprzyjaciół nie jest przede wszystkim uczuciem. Jest drogą Krzyża.

Chrystus przeszedł nią pierwszy. Odrzucony, wyszydzony i ukrzyżowany nie odpowiedział nienawiścią. Modlił się za tych, którzy Go krzyżowali.

Dlatego Ojcowie Kościoła nie traktują miłości nieprzyjaciół jako pięknego dodatku do chrześcijaństwa. Jest ona jednym z najbardziej czytelnych znaków, że Chrystus naprawdę zaczyna żyć w człowieku.

I może właśnie o to pytają nas dzisiejsze czytania:

Nie tylko – czy kocham Boga?

Nie tylko – czy kocham swoich bliskich?

Ale: co dzieje się w moim sercu, kiedy staje przede mną człowiek, który mnie zranił?

Bo łatwo kochać tego, kto nas kocha. Chrystus prowadzi nas dalej.

Największym zwycięstwem chrześcijanina nie jest pokonanie nieprzyjaciela, lecz takie zjednoczenie z Chrystusem, aby nawet nieprzyjaciel nie potrafił zgasić w naszym sercu Jego światła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *