„A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” (Mt 11,6) – Rozważanie na IV Niedzielę Adwentu (o. Paweł Barylak)

wpis w: Rozważania | 0

Będąc kapelanem szpitala miewałem spotkania z ludźmi zmartwionymi swoim losem po śmierci. Bagaż grzechów niepokoi. Grzechy nie odpokutowane wprowadzają zwątpienie w miłosierdzie Boga. Czasem udawało się pacjentów zbliżających się do kresu życia doprowadzić do spowiedzi. W jej trakcie zwątpienie najczęściej ustępowało. W duszy człowieka rozgrzeszonego panuje pokój. Spotkałem umierającą matkę wątpiącą w nawrócenie syna. Za jego nawrócenie chciała ofiarować Bogu swoje cierpienia, niepewny los, wielce prawdopodobną szybką śmierć, a potem ból konania. Umierała kilka godzin później uspokojona wiadomością: syn się wyspowiadał. Będąc świadkiem takiej sytuacji nabiera się ufności w wielkość miłości Boga, który nie gardzi żadną ofiarą, a modlitwy nawet wątpiących wysłuchuje.

Podczas pracy w tym samym szpitalu byłem świadkiem zwątpienia krewnych pacjenta, którzy poprosili mnie o udzielenie mu sakramentów. Wyspowiadany kilka dni wcześniej tamtego przedpołudnia w obecności całej rodziny przyjął najpierw namaszczenie chorych, kilka minut później komunię świętą. Tuż po jej przyjęciu…nagle zmarł. Przerażenie rodziny było ogromne, a córka zmarłego zwątpiła w słuszność swej prośby: „Proszę księdza. Może źle zrobiłam prosząc o sakramenty? Może, gdybym tego nie uczyniła, Tata nie umarłby tak nagle? Może zmarł przerażony wizytą księdza?”.

Sam w życiu miewałem chwile zwątpień. Kiedy zostałem wysłany na parę lat do Francji szczerze wątpiłem w mądrość Opatrzności. „Jak wyjeżdżać do pracy wychowawczej bez znajomości języka?” Pierwsze miesiące obecności w innym kraju były trudne. Wydawało mi się, że nauka języka zupełnie mi nie idzie, zaś strach przed spotkaniami z obcą młodzieżą w internacie podcinał radość i optymizm. Ponad 10 lat później sporo zwątpienia miałem w sercu, gdy umierał mój Tatuś. Nie mogłem być przy Nim – głosiłem rekolekcje w zupełnie innym rejonie Polski. A śmierć do ojca przychodziła szybko. Zbyt szybko, by można było pokonać setki kilometrów. Pozostawała nadzieja, że pozostali krewni są „tam”, gdzie ja mogę być tylko duchowo.

Czytam stwierdzenie Jezusa o błogosławieństwie tych, którzy w Niego nie zwątpią. Rozważanie tego błogosławieństwa przypomniało mi  sytuacje, „moje” i „innych”, oraz sprowokowało pytanie o jakość naszej wiary. Jan Chrzciciel, wspominany minionej niedzieli, zaś w Ewangelii III Niedzieli Adwentu chwalony przez Mesjasza („Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” Mt 11, 11), nie zwątpił w Jezusa, a za cenę wierności Jemu i prawdzie, nawet przyjął śmierć męczeńską. Jego wiara była twarda. Do końca. Każdy, tak myślę, chce go w tym naśladować. Przy pierwszej lepszej sytuacji będziemy mieli okazję swoją wiarę wypróbować. Nie zawsze pamiętamy, że całe życie doczesne jest dla nas próbą wiary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *