„Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim.”
(Mt 5,23–24)
Słowa Chrystusa z Kazania na Górze należą do tych fragmentów Ewangelii, które nie pozwalają nam zatrzymać się na powierzchni religijności. Pan mówi: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj”. Zaraz jednak prowadzi swoich uczniów znacznie głębiej. Nie wystarcza powiedzieć: „Nikogo nie zabiłem, więc przykazanie zachowałem”.

Chrystus pyta o to, co dzieje się wcześniej — w sercu człowieka.
Zanim ręka uderzy, serce może już nienawidzić. Zanim człowiek skrzywdzi drugiego czynem, może go zranić słowem. Zanim dojdzie do otwartego konfliktu, przez wiele miesięcy czy lat mogą gromadzić się gniew, pogarda, zazdrość, poczucie krzywdy i pragnienie odwetu.
I właśnie tam Chrystus chce rozpocząć uzdrowienie.
„Nie zabijaj” zaczyna się w sercu
Święty Jan Chryzostom, komentując Kazanie na Górze, pokazuje, że Chrystus nie znosi starotestamentowego przykazania, lecz prowadzi je do jego pełni. Zabójstwo jest owocem, natomiast gniew może być jego korzeniem. Dlatego Chrystus nie ogranicza się do powstrzymywania ludzkiej ręki. Uzdrawia źródło, z którego rodzi się zło.
To niezwykle charakterystyczne dla duchowości prawosławnej.
Ojcowie Kościoła wiele mówią o logismoi — myślach i poruszeniach, które pojawiają się w ludzkim wnętrzu. Grzech często nie zaczyna się od wielkiego czynu. Zaczyna się od myśli, którą człowiek przyjmuje, pielęgnuje i karmi.
Ktoś mnie skrzywdził.
Najpierw przypominam sobie jego słowa. Potem zaczynam prowadzić z nim rozmowy w swojej głowie. Udowadniam mu jego winę. Osądzam go. Po pewnym czasie nie widzę już człowieka — widzę wyłącznie jego przewinienie.
I wtedy drugi człowiek może zostać „zabity” w moim sercu, chociaż nadal żyje obok mnie.
Św. Jan Klimak pisał o gniewie jako o stanie, w którym człowiek ciągle na nowo przeżywa doznaną krzywdę. To bardzo trafna diagnoza. Można bowiem nosić człowieka w swojej pamięci nie po to, aby się za niego modlić, ale po to, aby codziennie jeszcze raz go osądzić.
Bóg patrzy na serce człowieka stojącego przed ołtarzem
Najbardziej zaskakująca część dzisiejszej Ewangelii pojawia się jednak później.
Chrystus mówi o człowieku, który przychodzi przed ołtarz z darem.
To człowiek religijny.
Przychodzi do Boga. Chce się modlić. Chce złożyć ofiarę.
I właśnie wtedy Chrystus mówi:
Zatrzymaj się.
Jeżeli przypomniałeś sobie, że pomiędzy tobą a twoim bratem istnieje rana — najpierw idź i pojednaj się z nim.
Nie dlatego, że modlitwa jest nieważna.
Przeciwnie.
Dlatego, że prawdziwa modlitwa musi stopniowo przemieniać nasze relacje z ludźmi.
W tradycji prawosławnej szczególnie mocno widzimy to w Boskiej Liturgii. Nieprzypadkowo przed wyznaniem wiary słyszymy wezwanie:
„Miłujmy się wzajemnie, abyśmy jednomyślnie wyznawali…”
Nie można bowiem oddzielić miłości Boga od stosunku do człowieka.
Św. Maksym Wyznawca uczy w Czterystu rozdziałach o miłości, że kto prawdziwie miłuje Boga, nie może jednocześnie pielęgnować nienawiści wobec człowieka. Miłość do Boga ujawnia swoją prawdziwość właśnie w sposobie, w jaki patrzymy na bliźniego.
To wymagające.
Łatwiej zapalić świecę niż przebaczyć.
Łatwiej zrobić znak krzyża niż powiedzieć:
„Przepraszam.”
Łatwiej przeczytać kolejną modlitwę niż wykonać telefon do człowieka, z którym od dawna nie rozmawiamy.
A jednak Chrystus właśnie tam kieruje nasze kroki.
„Najpierw idź”
W tych słowach Ewangelii szczególnie ważne jest jedno słowo:
najpierw.
Chrystus nie mówi: „Kiedyś się pogodzisz”.
Nie mówi: „Poczekaj, aż emocje całkowicie znikną”.
Nie mówi również: „Poczekaj, aż drugi człowiek pierwszy przyzna ci rację”.
Mówi:
„Idź”.
Chrześcijańskie pojednanie wymaga więc nieraz pierwszego kroku.
Nie oznacza to, że w każdym konflikcie obie strony ponoszą jednakową winę. Nie oznacza też udawania, że zło nie było złem. Przebaczenie nie jest zgodą na krzywdę ani rezygnacją z prawdy.
Oznacza natomiast odmowę pozwolenia, aby krzywda stała się panem mojego serca.
Święty Izaak Syryjczyk przedstawia miłosierne serce jako serce ogarnięte współczuciem wobec całego stworzenia. Taka miłość nie rodzi się jednak jednego dnia. Człowiek zdobywa ją poprzez walkę z własnym egoizmem, osądzaniem i pamiętaniem zła.
Dlatego pojednanie jest także formą ascezy.
Czasami większą niż post.
A co, jeśli drugi człowiek nie chce pojednania?
To ważne pytanie.
Ewangelia nie daje nam władzy nad sercem drugiego człowieka.
Mogę powiedzieć „przepraszam” — ale nie mogę zmusić drugiego do przebaczenia.
Mogę wyciągnąć rękę — ale nie mogę zmusić go, żeby ją przyjął.
Mogę przebaczyć — ale nie zawsze mogę natychmiast odbudować zaufanie.
Mogę pragnąć pokoju — ale druga osoba może nadal wybierać konflikt.
Chrześcijanin odpowiada przed Bogiem przede wszystkim za własne serce i własne czyny.
Dlatego celem nie jest udawanie, że nic się nie wydarzyło. Celem jest doprowadzenie serca do takiego stanu, w którym mogę stanąć przed Bogiem i powiedzieć:
„Panie, zrobiłem to, co mogłem, aby nie żyć w nienawiści.”
Ołtarz zaczyna się wcześniej, niż myślimy
Dzisiejsza Ewangelia mówi nam coś jeszcze niezwykle ważnego.
Droga do ołtarza zaczyna się nie w drzwiach świątyni.
Zaczyna się w domu.
Przy stole.
W małżeństwie.
W rozmowie z dzieckiem.
W relacji z rodzicami.
W miejscu pracy.
W parafii.
W spotkaniu z człowiekiem, którego trudno nam znieść.
Możemy uczestniczyć w nabożeństwach, pościć, czytać Pismo Święte, całować ikony i zapalać świece. Wszystko to ma swoje miejsce w życiu Kościoła. Ale jeżeli równocześnie świadomie karmimy nienawiść, pogardę i pragnienie zemsty, Chrystus kieruje do nas jedno bardzo konkretne wezwanie:
„Najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim.”
Nie mówi tego po to, aby nas od siebie odsunąć.
Mówi to dlatego, że chce nas uzdrowić.
Bo największym cudem nie zawsze jest zmiana sytuacji wokół nas.
Czasami największym cudem jest przemiana serca, które przez lata nie potrafiło przebaczyć.
Puenta
Można przyjść do świątyni z najpiękniejszą świecą, najdłuższą modlitwą i najgorliwszym postem, a jednak przynieść Bogu serce pełne gniewu.
Chrystus nie potrzebuje naszej religijnej doskonałości na pokaz.
Chce naszego serca.
Dlatego zanim zapytamy dziś:
„Co jeszcze mogę ofiarować Bogu?”,
warto zadać sobie inne pytanie:
„Z kim powinienem się pojednać?”
Może istnieje człowiek, którego imienia nie chcę słyszeć.
Może ktoś czeka na moje „przepraszam”.
Może ja czekam od lat na jego „przepraszam”.
Może pojednanie nie będzie możliwe od razu. Ale zawsze mogę rozpocząć od własnego serca.
Bo droga do Boga prowadzi przez miłość.
A czasami najkrótszą drogą do ołtarza jest droga do człowieka, z którym najtrudniej nam się pojednać.
Dodaj komentarz