Dziękuję Rafał! – moje wspomnienie o Rafale Wójciku i rozważanie o małżeńskiej miłości… (o. Jacek Brakowski)

wpis w: Aktualności | 0

Niezwykłe to wspomnienie Wszystkich Świętych i dzień modlitwy za zmarłych w tym roku. W ten dzień 2 listopada 2025, stanąłem przy ołtarzu, aby służyć i sprawować Boską Liturgię w intencji Rafała Wójcika. Chciałbym podzielić się z Wami bracia i siostry wspomnieniem i rozważaniem, jak życie przez bliskich nam ludzi świętych uczy nas pokory i kroczenia ścieżkami wiary. W sposób naturalny, dzięki darom od Boga i duchowej intuicji, bez wielkich słów i deklaracji, pełni niemocy i słabości… jesteśmy jednak Dziećmi Bożymi i ku Niemu samemu zmierzamy. Na tym polega codzienna świętość.

Niekiedy człowiek czyta Pismo święte i zdaje się, że coś z niego pojmuje. Jednak lepsze zrozumienie przychodzi w kontekście życiowych wydarzeń. O godzinie 04.13 dnia 30 października żona Rafała, Krysia napisała do mnie: „Dzisiaj o 3 w nocy zmarł Rafał, już nie cierpi odszedł do królestwa niebieskiego”. Wydawałoby się że „po ludzku” ostatnia meta została przez niego osiągnięta… Jednak dla Rafała to dopiero początek nowego biegu, który trwa na wieczność w Królestwie Ojca. W tym kluczu na nowo odkrywa się sens słów z Listu św. Pawła do Koryntian: „Czyż nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, lecz tylko jeden otrzymuje nagrodę? Tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, kto staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijający wieniec, my – nieprzemijający.” (1 Kor 9,24-26). Ten nieprzemijający wieniec chwały osiągają ludzie szlachetnego serca, wytrwali w osiąganiu małych i wielkich życiowych celów w jedności z obecnością Boga w ich życiu.

Moja przygoda z Rafałem rozpoczęła się dzięki naszemu wspólnemu Przyjacielowi – Józkowi. To właśnie Józio wyciągnął mnie na biegową trasę i to dzięki niemu spotkałem Rafała. To był przełom roku 2003/2004… I było zabawnie… ważyłem wówczas, po moich kłopotach ze zdrowiem i operacji, zapewne tyle, co oni we dwójkę razem. I to było piękne… ich cierpliwość i nie czynienie wyrzutów pomogło mi powrócić do sił. I jeszcze ta otwartość Rafała, jego dobroć i szacunek wobec wszystkich, czego nie należy mylić z naiwnością. Oddanie w szczerej relacji, ale bez upiększania kwiatu lilii. Czysta, bezinteresowna i bezpretensjonalna, męska i szczera relacja. Taką postawę zachowują jedynie ludzie dojrzali, którzy zasmakowali już życia i traktują drugiego człowieka jako dar. Takim jest Rafał. Wspólne rozmowy, dzielenie się życiem i zacieśnianie więzi, to normalna kolej. Równocześnie, ponieważ mieszkaliśmy blisko siebie poznałem miłość życia Rafała Krysię. I wtedy dostrzegłem jeszcze więcej… Za tym skromnym chłopakiem stała dobra, mądra i piękna kobieta. Dobrze było odwiedzać ten dom, gdzie kochali się i czubili, zawsze pełni uśmiechu i utarczek, które cieszyły serce. Sukcesy sportowe Rafała przeplatały się z wątpliwościami dotyczącymi „startów w miłości”. To nie wynikało z jego strachu, lecz z odpowiedzialności. Chciał, aby wszystko było jak najlepiej być mogło. Wiedział, że łączenie życia sportowca i małżeństwo to wielkie wyzwanie i to dla obojga z nich. A w tym czasie Rafał był na etapie „wydłużania się w dystansie”. Był w swojej życiowej formie. Przecież w 2003 roku zdobył jeszcze mistrzostwo Polski w biegu na 3000 m z przeszkodami, a już w grudniu 2004 poleciał do Rio de Janeiro, gdzie biegł w sztafecie Red Bull Giants of Rio, a do pokonania miał ok. 20 km, z czego ponad połowa trasy była na miękkim piasku! No ale Rafał przecież był przełajowcem i to w historii polskiej LA jednym z dwóch najlepszych. Łącznie zdobył 9 medali, w tym 5 razy stawiał na najwyższym stopniu podium. Z Rio wrócił pełen wrażeń i satysfakcji. Mówił, że to było świetne „przetarcie” przed kolejnymi startami.

W kolejnym roku (2005) 10 kwietnia zdobył swoje pierwsze mistrzostwo Polski w maratonie – w Dębnie, z czasem 2:14:47, a niespełna miesiąc później Rafał „zrobił” swoją życiówkę na 10000 m w Międzyzdrojach (29:06:16). W sierpniu poleciał na Mistrzostwa Świata w LA do Helsinek, gdzie zajął w biegu maratońskim bardzo dobre 16 miejsce z czasem 2:16:24. Pamiętam to dobrze, bo wyczekiwałem podczas oglądania relacji kiedy dotrze na metę. W roku 2006 zdobył kolejne mistrzostwo Polski w biegu maratońskim z czasem 2:14:11, na Mistrzostwach Europy w Göteborgu był 12 w biegu maratońskim (2:14:58) i z tego, co pamiętam wygrał 11 listopada Bieg Niepodległości w Warszawie. Cały czas „w biegu”… Zawsze skupiony na tym, co robił. Kochał biegać i kochał Krysię. Czy da radę to wszystko „spiąć”? Takimi pytaniami się dzielił – jak to „miedzy facetami”… Były również i żarty na ten temat… Prawda jednak była oczywista. Skoro Krysia dotąd stała za nim murem, to stać będzie i jako żona! Decyzja zapadła. W sobotę drugiego tygodnia po Wielkanocy, 21 kwietnia 2007 roku złożyli sobie nawzajem przysięgę małżeńską. Wiem, bo tam byłem, a nawet miałem radość pobłogosławić ten związek i radować się z nimi tym dniem. Niby dalej pozostało tak samo, ale wszystko się zmieniło. W żargonie biegaczy, gdy jakiś zawodnik ma prowadzić innego w określonym tempie, aby ten osiągnął pożądany rezultat, nazwa się prowadzącego zawodnika „zającem”. Od dnia ślubu Rafał miał swojego życiowego „zająca”. Krysia ogarniała wszystko, czego on ogarnąć nie mógł, albo po prostu nie potrafił. Prowadziła go całe ich małżeńskie życie. Towarzyszyła mu we wszystkim. A nie było to łatwe. Rafał dalej biegał, odnosił sukcesy. We wrześniu tego roku pobiegł w moim rodzinnym mieście Pile półmaraton i zajął 2 miejsce z czasem 1:03:54, co pozostało jego rekordem życiowym na tym dystansie. W 2008 roku zajmując 2 miejsce w mistrzostwach Polski w biegu maratońskim w Dębnie ustanowił swój kolejny rekord życiowy z czasem 2:13:02. Życie „biegło”, a Rafał wraz z Krysią biegli już razem. Kolejną wygraną dał im sam Bóg. W marcu 2010 roku przyszedł na świat Miłosz. Widywałem, jak Rafał odbierał nagrody i medale. Znałem ten jego uśmiech zadowolenia i satysfakcji. Jednak nigdy nie widziałem go tak dumnym, jak podczas chrztu Miłosza. Niektórych spraw nie da się wyrazić słowami. Rafał nie musiał nic mówić. Był szczęśliwy i dumny. Wyglądał tak, jakby właśnie odbierał olimpijskie złoto. Pewnie był pełen obaw, ale jednocześnie w oczach miał iskry szczęścia. Wszystko dalej toczyło się rytmem codzienności, a lata mijały. Nowa rzeczywistość, praca, studia i nowe wyzwania w pracy trenerskiej… A Rafał dzielnie biegł dalej. Ponadto już jako żołnierz musiał podjąć też nowe wyzwania. Jednak dla niego nie było rzeczy nie do zrobienia. Służba w Wojsku Polskim sprawiała mu wiele radości. Pomimo, że była ona trudnym zadaniem, to jednak dzięki niej też się rozwijał. A dzięki jego służbie rozwijali się także i inni. Potrafił się tym cieszyć i podejmować kolejne wyzwania. Według moich przewidywań Krysia była mu najlepszym i najbardziej kochającym Przyjacielem – „za wszystko i pomimo wszystko”. Dbała o swoich mężczyzn i dom. Rafał natomiast zajmował się nadal bieganiem. Promocja sportu, trenerka, pomoc początkującym biegaczom i zaawansowanym kolegom i koleżankom… Ostatnio także świetne wyniki syna Miłosza w nauce i sporcie. Stabilizacja i praca. Życie Rafała, to życie człowieka sportu.

I niespodziewanie przyszła choroba. Czas wielkiej próby sił charakteru i miłości tego małżeństwa i rodziny. To był czas wielkiej trwogi, nadziei, walki, ale nade wszystko ogromniej miłości. Jeżeli o coś chodzi w małżeństwie, to właśnie o miłość, która prowadzi do nieba. Ten trudny czas ponad rocznej walki przepełniony był miłością. Tego inaczej słowami oddać nie można. Rafał przeżywał to wielkim trudzie. Zawsze silny, mężny, waleczny i uparty w dążeniu do celu. Tym razem wydawał się być bezradny. Nie godził się ze swoją niemocą. Do końca biegł. Wraz z nim Krysia. Nieustępliwa, kochająca, pełna współcierpienia i empatii. Nie poddała się. Miłość trwa. Zmieniła siłą rzeczy formę, bo Rafał biegnie już w innej rzeczywistości, w której nie ma już żadnego cierpienia i ograniczeń. Nie wiem, czy w niebie nie mieli jakiejś sztafety do rozegrania i zaprosili na nią właśnie Rafała. To zawsze po ludzku wydaje się być za wcześnie. Jednak Rafał żyje. Przecież jest z nami. Wiara nasza bowiem w symbolu Składu Apostolskiego mówi: „Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, Świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen”.

Z całą pewnością można stwierdzić o Rafale jedno za św. Pawłem Apostołem : „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem.
Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości,
który mi w owym dniu da Pan, sprawiedliwy Sędzia.
” (2 Tm 4,7-8)

o. Jacek Brakowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *