
„A oto Ja jestem z wami” Mt 28, 20
Obietnica obecności Jezusa przy nas, w całym życiu i różnych wydarzeniach, dodaje otuchy i podnosi. Skoro On powiedział, że będzie obecny i jest „dziś” rzeczywiście obecny – to jest po prostu słowny. A nam nie grozi samotność, nawet przez chwilkę, bo On jest z nami!
Wydarzenie ostatnich tygodni, w którym On był ze mną i które chcę opisać i prześwietlić Jego Obecnością, rozpoczęło się w noc z 23 na 24 maja. Wtedy obfity krwotok ze stopy sprawił, że straciłem słuch i mowę. Trochę dane mi było być jak Zachariasz z łukaszowej Ewangelii. ”Będziesz niemy”. Trafiłem do szpitala. Dalej nic nie słyszałem, nie mówiłem, ale On był ze mną. Już w sobotę 24 maja znakiem Jego obecności była przez kapłanów Kościoła – komunia święta przyniesiona przez jednego, a przez drugiego sakrament namaszczenia chorych. W noc z 26 na 27 maja zapadłem w śpiączkę. Ciężki stan pogarszał się przez kolejne dni. Moi najbliżsi słyszeli od lekarzy, że jest coraz gorzej i że mogę umrzeć.
Do poniedziałku 2 czerwca byłem jak kolejna postać biblijna – Jonasz zamknięty i uwięziony. On co prawda we wnętrzu wielkiej ryby, ja zaś w swoim umierającym ciele. W tym jonaszowym doświadczeniu byłem na pewno spragniony, wysuszony jak na pustyni, nie miałem siły, żeby choćby ruszyć jakąkolwiek częścią ciała. Jakby ktoś ze mnie wypompował życie. Ale i wtedy On – Jezus Chrystus był obecny w swoim Kościele modlącym się – przez modlitwy dziesiątek osób w Polsce i Niemczech. Przez Msze i Boską Liturgię. Przez wierne i wytrwałe bycie przy moim łózku Mojej Kochanej Żony, która nie przestawała modlić się i szeptać do ucha „Jestem tutaj. Wracaj. Wróć do nas. Nie bój się.”
W noc z 27 na 28 maja moje stąpanie po progu dzielącym życie i śmierć przeniosło się na salę oddziału intensywnej terapii jednego ze szczecińskich szpitali. Sepsa i zahamowane nerki. Konieczność dializy. Było coraz gorzej. A i tak Jezusowa Obecność zwyciężyła te kolejne znaki mojego umierania. W poniedziałek 2 czerwca przyszedł do mnie i po mnie jak po Łazarza do jego grobu. Gdy około godziny 6 byłem myty otworzyłem oczy. Słyszałem, co mówią. Wróciła mi mowa. Jego Miłość i Moc podała mi silną rękę i szarpnęła z grobu. ”Co ty myślisz? Śmierć? Jeszcze nie teraz.” Stał się wielki cud, bo prawie umarły żyje. Cud możliwy, bo Jemu przecież „dana jest wszelka moc na ziemi i w niebie.” (Mt 28, 18).
Od tamtego momentu ŻYJĘ. Żeby życie było sprawniejsze i usamodzielnione rehabilitacja i fizykoterapia trwają.
Na koniec prośba. Ludzie! ŻYJCIE! Zostawcie nic nie znaczące, głupie setki kłótni i sporów „o nic”. Mocno miłujcie: żony swoich mężów i odwrotnie. Swoje dzieci. Cieszcie się życiem i swoją rodziną. Nawet nie myślcie o zdradzie. Nie zdradzajcie. Ceńcie przyjaciół.
Po wyciągnięciu mnie z grobu śpiączki ponad tydzień temu moim dniom na oddziale hematologii towarzyszy EUFORIA ŻYCIA. Dziękuję za ŻYCIE i za wszystkich Was, którzy przy mnie i ze mną byliście blisko i daleko. Pomogliście mi i Mojej Żonie wierzyć, że miłość potrafi być hojna, ofiarna, zatroskana. Dziękujemy!
Dodaj komentarz